Niepoprawni superbohaterowie czyli o serialu “Misfits”.

Nie było mnie tu, co prawda, przez chwilę, ale nie znaczy to, że postanowiłam porzucić Grendellę. Powracam w dzień wyjątkowy. Otóż dziś, za parę godzin, nastąpi bardzo wyczekiwana przeze mnie premiera czwartego sezonu “Misfits”. Serial pokochałam bezgranicznie i, oczywiście, próbowałam tę zarazę rozprzestrzenić. Musze się pochwalić, że po raz kolejny odniosłam sukces. “Misfits” śledzi nie tylko Grendella, ale również grendellowy mąż. Cieszy mnie to niezmiernie, bo do obejrzenia “Losta” próbujemy go bezskutecznie przekonać od jakichś sześciu lat. A w tym przypadku udało się od razu. W sumie nie powinno mnie to dziwić, bo to świetny serial.

 

W pierwszym odcinku poznajemy grupę pięciorga młodych ludzi. Sprawcy mniejszych lub większych wykroczeń mają teraz wspólnie odkupić swoje winy przy pracach społecznych. Mamy tu piękną i uwodzicielską imprezowiczkę Alishę (Antonia Thomas), obiecującą gwiazdę lekkoatletyki, biegacza Curtisa (Nathan Stewart – Jarrett), niepoprawnego i sarkastycznego Nathana (Robert Sheehan), wyjątkowo nieśmiałego Simona (Iwan Rheon) oraz Kelly, wygadaną, pyskatą i głośną chav. Poza wyrokiem nie łączy ich w zasadzie nic. Do czasu, kiedy nad Londynem przetacza się nienaturalna burza, w wyniku której chłopcy i dziewczęta zyskują nadprzyrodzone moce. No i zabijają swojego opiekuna. Tak mi się jakoś wydaje, że doświadczenie tego kalibru jednak tworzy pewne więzi.

W tym momencie moglibyście powiedzieć: “No tak, teraz wszyscy będą ratować świat”. Nic bardziej mylnego. To nie jest kolejny amerykański, poprawny serial. Po pierwsze, bohaterowie sami nie do końca wiedzą, jak radzić sobie ze swoimi mocami. Po drugie, wcale nie zamierzają ratować świata, a z mocy korzystają raczej na własne potrzeby. Wielbiony przeze mnie Simon, wyobcowany i trochę przerażający geek, sugeruje innym, że może jednak warto pobawić się w superbohaterów. Ale komu by się chciało zawracać głowę takimi drobnostkami.

Jestem już po trzech sezonach serialu, więc boję się zdradzić późniejsze szczegóły. Wiele się zmienia, pojawiają się nowe moce i postaci, zombie i Hitler, a trup ściele się gęsto. Największym plusem produkcji są bez wątpienia wyraziści i świetnie napisani bohaterowie. Olbrzymim plusem jest też muzyka (zawsze tupię z radości, kiedy słyszę jedną z moich ulubionych piosenek), czego dowodzi już sama czołówka. To serial niegrzeczny i niepoprawny politycznie. Pełen przekleństw, niewybrednych żartów, seksu, alkoholu, roztrzaskanych mózgów i narkotyków, co może pewnie niektórych zniechęcić. W zasadzie Wielka Brytania to chyba jedyne miejsce, w którym mogło się narodzić “Misfits”. Chwała Howardowi Overmanowi i całej ekipie za to, że potrafi sprawnie łączyć dowcip, grozę z absurdem, trzymając jednocześnie w miarę równy poziom produkcji.

 

Chyba wyszło trochę chaotycznie. Przyznam, nie do końca umiem być krytyczna wobec „Misfits”. Choć ciężko mi pogodzić się z niektórymi wyborami Overmana, biorę wszystko, co mi daje.