Prawdziwy spryciarz jest tylko jeden, czyli “Spryciarz z Londynu” Terry

Po pierwsze, dziękujemy Wam wszystkim serdecznie za wsparcie i głosy, które oddaliście na nas w konkursie na Blog Roku 2013. Tym razem kończymy przygodę, nie udało nam się wskoczyć w szpilki i wybrać na galę ;). Ale pierwsza dziesiątka to i tak niezły wynik, prawda? Po drugie,  z całego serca gratulujemy Padmie z Miasta Książek, która w zasadzie zainspirowała nas do założenia bloga. Trzymamy kciuki i życzymy wygranej! Jesteśmy gotowe wykorzystać wszystkie doświadczenia związane z kibicowaniem siatkarzom, by ją wspomóc!  Po trzecie, cieszy nas, że wśród nominowanych znalazł się jeszcze jeden blog książkowy, Miqa is on fire, oraz blog poświęcony filmom, Are You Watching Closely?. My tymczasem, wracamy do czytania książek, oglądania seriali i pisania, bo przecież to właśnie to tak naprawdę uwielbiamy robić.

Kochamy Was tak samo jak Tom Hiddleston 🙂

Jeśli pojawia się książka, której akcja dzieje się w dziewiętnastowiecznym Londynie, to ja automatycznie robię sobie mentalną notatkę (przesadziłam, notuję w kajeciku, bo pamięć już nie ta…), by po tę książkę sięgnąć. Tym bardziej ochoczo, gdy autor zabiera mnie do tych miejsc w Londynie, których nie zobaczymy na malowniczych widokówkach. Nic więc dziwnego, że bardzo zainteresował mnie pomysł Terry’ego Pratchetta na powieść w mocno dickensowskim stylu, o chłopaku znikąd, trudniącym się poszukiwaniem cennych przedmiotów w londyńskich kanałach, który przypadkiem ratuje z opałów śliczną (choć nieco mało wyrazistą, niestety) damsel in distress, co z kolei powoduje lawinę nieoczekiwanych zdarzeń, które prowadzą go na salony, a nawet przed oblicze samej królowej. Spryciarz z Londynu, tak jak się spodziewałam, okazał się dowcipnym hołdem Pratchetta dla pisarstwa Karola Dickensa, który pojawia się zresztą na kartach powieści jako niezmiernie sympatyczny osobnik. O wiele bardziej sympatyczny niż w Droodzie Dana Simmonsa. Trochę zbyt sympatyczny, powiedzmy sobie szczerze. Obok Dickensa pojawiają się i inne postaci historyczne, choć Pratchett nagina trochę fakty i realia dla swoich potrzeb – nie obrażajmy się za to na niego, robi to z dużym wdziękiem.

 

Spryciarz z Londynu to powieść kierowana do młodszego czytelnika, ale i osoby dorosłe zarówno wiekiem i umysłem, nie powinny być rozczarowane. Jak to u Pratchetta, jest zabawnie, choć zgodzę się z Moreni, że dowcip jest tym razem nieco mniej „intensywny” niż zazwyczaj. Bez wątpienia jednak powieść czyta się dobrze i z lekkim uśmiechem na twarzy, choć trochę czuje się też podskórnie, że autorowi tym razem bardziej chodzi o wzbudzenie zainteresowania wiktoriańskim Londynem i zamieszkującą go biedotą niż o zabawianie czytelnika. Realizując tą misję, Pratchett prowadzi nas w miejsca, w których szanowani obywatele raczej się nie pokazują, brudne, niebezpieczne i śmierdzące. O tak, opisy londyńskich woni są bardzo przekonujące, cuchnie właściwie wszystko: Tamiza, kanały, zdechłe szczury, ludzie, lecz najbardziej Onan – karykaturalny, wychudzony pies towarzyszący głównemu bohaterowi:

Choć dawało się do nich [woni] przywyknąć, to na przykład aromat trupa moczącego się od jakiegoś czasu w rzece pozostawał w pamięci na dłużej, podobnie jak smród moralnego zepsucia. Wszyscy chcieli o nim zapomnieć, ale wiedzieli, że poczują go jeszcze nieraz. Co ciekawe, zapach śmierci najwyraźniej żył własnym życiem – wślizgiwał się wszędzie i diabelnie trudno było się go pozbyć, podobnie jak woni Onana, który dreptał wiernie za Dodgerem, obserwując wrażenie, jakie wywierał na przechodniach; rozglądali się nerwowo, szukając źródła fetoru i mając nadzieję, że sami nim nie są. (61)

Portrety mieszkańców Londynu, tak jak i u Dickensa, są nieco przerysowane, lecz równie dobrze zapadające w pamięć. Sam Dodger to oczywiście wariacja na temat Olivera Twista czy Pipa z „Wielkich nadziei”, ale Pratchett idzie dalej. Bawi się także innymi konwencjami i motywami, które miłośnikom prozy Dickensa są doskonale znane, bo czyż przemiana ulicznika w szanowanego bohatera nie jest po prostu wariantem bildungsroman? Nie czas tutaj by je wszystkie śledzić, ale jeśli to lubicie, zabawę można mieć przednią. A Pratchett udowadnia po raz kolejny, że potrafi wyjść ze świata Dysku i stworzyć coś w zupełnie innej konwencji, po swojemu „przepisać” powieści Dickensa, i być może sprawić, że inaczej na nie spojrzymy.

Prawdę mówiąc, po Spryciarza z Londynu sięgnęłam w nadziei, że Dodger, wiktoriański łobuz i awanturnik, który jak głosi tekst z okładki, „zawsze wychodzi z twarzą” mnie zauroczy, bo przepadam za takimi zadziornymi bohaterami. W sumie, to nawet trochę go polubiłam, chociaż na pewno nie na tyle, by stać się jego zagorzałą fanką. Owszem, jest zabawny i wpada na nietuzinkowe pomysły. Owszem, potrafi wykaraskać się z niezłych tarapatów. Owszem, nie brak mu inteligencji i ulicznego sprytu, które stanowią zabawny kontrast dla oczywistych braków w wykształceniu. Krótko mówiąc, jest niezłym gościem, którego znają wszyscy, który sam zna Londyn od podszewki i doskonale czuje się w jego najmroczniejszych zakątkach. Ale jeśli miałabym wybierać, pomiędzy nim a Lockiem Lamorą, bohaterem cyklu Scotta Lyncha, to bez wahania i zbędnych ceregieli wybrałabym tego drugiego. Nawet rzęsa by mi nie drgnęła. Na Locke’a będę wiernie (choć niekoniecznie cierpliwie) czekać, natomiast jeśli chodzi o Dodgera, to pomimo faktu, że nawet chłopaka polubiłam, pozostaniemy raczej przy tej jednej, przyjemnej choć nie rewelacyjnej, randce. Wiecie, serce nie sługa.

O Spryciarzu z Londynu pisali również: Moreni, Lirael, i Zacofany w Lekturze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *